środa, 29 lipca 2015

Lifestyle | Travel : Egypt II

Otóż czasami nadchodzi dzień kiedy trzeba przerwać schemat działań. Tak więc dziś nie będzie standardowego 'hej kochani'. Nie będzie tłumaczeń o tym dlaczego zostawiłam tego bloga, ani o tym dlaczego tu wróciłam. Nie będzie wywodów o tym co się u mnie działo, bo nie będę zaśmiecać bloga bezsensownym postem, a na jednym by się nie skończyło. Natomiast będzie wpis. Taki jak dawniej. Zaparzcie sobie herbatkę i rozsiądźcie się wygodniej.


Kiedy za oknem deszcz ja z ochotą wracam do tych zdjęć. Zderzenie z zupełnie innymi ludźmi, religią, a przede wszystkim kulturą. Od kobiet zawiniętych w żałobne prześcieradła, przez 'dywaniki' do modlitwy, aż po pomocną rękę na każdym kroku. Wyobraźcie sobie, że przez tydzień nie musiałam się malować, ani zastanawiać co ubrać, a ludzie nie uciekali z krzykiem. Być może to wynik wyposzczonych Ramadanem arabów, a może zasługa ogromnych okularów, które zasłaniały mi pół twarzy. Mało tego, że odbyło się bez krzyków to nawet dostałam kosz owoców i perfumy za to, że 'o mój boże ju ar priti'. Żyć, nie umierać.



Wyjeżdżając do krajów arabskich należy zapoznać się z podstawowymi informacjami. Co wolno, czego nie wolno, za co Cię zastrzelą i jak najszybciej wydostać się z więzienia. W samolocie dowiedziałam się, że jedzenie lewą ręką jest nie na miejscu, a po zachodzie słońca w czasie Ramadanu nie znajdziemy nikogo, bo wszyscy biegną zjeść kolację. Sporo też odkryjecie na miejscu z własnych doświadczeń, na przykład całkowite pozwolenie na informacyjne trąbienie na drodze. Jeden klakson - skręcam, dwa klaksony - wyprzedzam, trzy - 'halo, jestem tutaj'. Mówi się co kraj to obyczaj, ale anyżowej wódki nigdy nie zrozumiem.



 Szczerze mówiąc po tym wyjeździe złapałam bakcyla. Od dawna czytam przewodniki i oglądam oferty tanich linii lotniczych. Dzięki tym wakacjom mogłam skreślić parę punktów z mojej listy 100 rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Zostało jeszcze wiele, ale w końcu mam czas. Teraz kiedy wszystko się jakoś poskładało, nabrałam weny i dodatkowych kilogramów po frytkebabie, czas na powrót na bloga. Post o diecie odwołany do momentu, aż wstanę z łóżka i może zrobię z dwa brzuszki. Alooha!