piątek, 28 sierpnia 2015

Lifestyle | List otwarty do klientek

Witam was bardzo serdecznie podczas mojego corocznego manifestu w stronę, że tak powiem starszyzny, ale i nie tylko. Za formę obrałam list (jak zauważycie szybko przestał być listem). Od razu uprzedzam,  że wszelkie panie po 50 będące moimi klientkami powinny natychmiast opuścić tego bloga. Chociaż i tak jestem pewna, że skoro nie potrafisz odwrócić ciuchów na prawą stronę,  to internet jest dla ciebie obcy. Osoby,  które pracowały w handlu doskonale mnie zrozumieją,  reszta niech przeczyta dla przestrogi i czystej rozrywki. Pozdrawiam serdecznie i kłaniam się niezbyt nisko (mam zakwasy na nogach).


Droga moja klientko ( nazywana później kuropatwą, kokoszką, purchawicą i innymi równie barwnymi rzeczownikami)!

Na wstępie,  naucz się do cholery odwieszać wieszaki w ten sposób w jaki je wzięłaś do swoich łapek. Nie trzeba,  powtarzam, NIE TRZEBA ich obracać,  zamieniać stronami, wykręcać haczyk, rzucać,  zabierać ze sobą (tak moja sprytna,  nie kradnij, wystarczy poprosić - ale to takie trudne, prawda?), wkładać jeden na drugi, a co najgorsze zostawiać bez ubrań.  Skoro wieszak wisi w ten a nie inny sposób znaczy jest ku temu jakiś powód (co prawda znany tylko w centrali firmy, ale jest). Po drugie ty stara, wredna purchawico, to, że podaje ci ciuchy do przymierzalni wcale nie oznacza, że możesz nimi we mnie rzucać, oddawać je zwinięte w węzeł morski (w sumie to możesz, ale no szanujmy się), obrażać mnie albo wydzierać się na mnie, bo twój tyłek nie wchodzi w 36, gdzie na oko jesteś mocną 42. Po trzecie kuropatwo, skoro już podejmujesz ze mną dyskusję to bądź gotowa na to, że mam inne zdanie niż ty lub o zgrozo, mam rację.  To, że pracuje w sklepie z ciuchami nie oznacza,  że jestem tępą dzidą, która nie wie jakiego koloru jest czarna skrzynka (pomarańczowego, sprawdziłam) albo do jakiego nurtu zaliczyć obraz Malczewskiego (z tego miejsca chcę podziękować mojej polonistce za jej bezsensowne artystyczne prezentacje - a jednak to się przydaje). Również wy drodzy znudzeni życiem panowie szukający rozrywki podczas gdy wasze żony dokładnie penetrują każdy zakątek waszej karty kredytowej.  Nie jestem kobietą, która ocenia auto po felgach (wiadomo, że najważniejszy jest kolor). Wiem jak wygląda szlifierka kątowa (co nie znaczy, że jej używałam). I umiem powiedzieć czy był spalony czy nie.  Nie ma więc powodu żeby nazywać mnie 'głupiutką kasjerką' , 'nierozgarniętą podawaczką ciuchów' czy 'smarkatą ignorantką'. W imieniu wszystkich pań za kasą i za ladą - przestańcie zadzierać nosa. Wyobraź sobie ty kokoszo, że nie jesteś moja jedyna klientka dziś. Być może mam już dosyć pracy, jestem zmęczona,  zły dzień,  herbata za zimna, woda za gorąca,  czekolada za słona, ale i tak zawsze cię traktuję z szacunkiem i uśmiechem.  Odwzajemnij to zamiast traktować mnie jak dno społeczne,  które nic nie wie, a nawet jak wie to po co wysłuchać. Skoro pytasz o zdanie to go wysłuchaj i zaakceptuj. Skoro prosisz o pomoc to ją doceń. Skoro wchodzisz do mojego sklepu to mnie szanuj.

Pełna nadziei na lepsze jutro (pojutrze),
Katia. 
 

PS. Z tego miejsca chcę przeprosić wszystkie pogodne i wiecznie uśmiechnięte panie, które sprawiają, że obsługa klienta staje się przyjemnością.  Wy jesteście super, nie zmieniajcie się.